dodano: 2007-05-01 00:00:00

Kibice pytają...Jacek Wiśniewski

Mnóstwo pytań skierowanych do Jacka Wiśnieskiego napłynęło na naszą skrzynkę e-mailową w ramach zabawy „Kibice pytają”. Spośród wszystkich popularny „Wiśnia” wybrał te najciekawsze, a następnie udzielił na nie odpowiedzi. Zapraszamy do lektury!

Mariusz: - Może się wydawać, że masz w ostatnim czasie wysoką formę. Jak myślisz, skąd się wzięła taka nagła jej zwyżka? To zasługa trenera czy ostrego treningu?

Jacek Wiśniewski: - Zasługa mojej wagi (śmiech). W ostatnim czasie straciłem trochę kilogramów, pojawiło się więcej mięśni i wydaje mi się, że to miało duży wpływ. Oczywiście swoje robi również trening oraz pozycja defensywnego pomocnika, na której trener mnie ustawia. Jest więcej biegania, więcej decyzji do podjęcia, większy stresik – wszystko nakłada się na siebie.

R.D.D.: - Skąd się biorą wahania formy Cracovii? Raz potraficie zagrać słabo i przegrać z ŁKS-em, a później po bardzo dobrej grze wygrywacie z Górnikiem Zabrze.

J.W.: - To niestety jest nasz problem. Teraz znów jest tego przykład: zagraliśmy z Górnikiem bardzo dobrze, po czym słabo z Arką Gdynia. Możemy być minimalnie zmęczeni grając mecze co trzy dni, ale wydaje mi się, że to siedzi również w naszych głowach. Powinniśmy bardziej powalczyć i chcieć wygrać – tego zabrakło w spotkaniach z ŁKS-em, czy Arką. Najbliższy mecz z Wisłą Płock zweryfikuje to, czy jesteśmy w kryzysie, czy też nie.

Issak: - Cracovia w tym sezonie pokazuje, że może wygrać z każdym. Jeśli ktoś powiedziałby ci, że w przyszłym sezonie walczysz wraz z kolegami o mistrzostwo uznałbyś to za absurd?

J.W.: - Na pewno do tego potrzebne są wzmocnienia, bo na dzień dzisiejszy gramy praktycznie 14-15 zawodnikami. Wtedy dlaczego nie? Z Bełchatowa, czy z Zagłębia dało się zrobić bardzo dobre zespoły, więc wydaje mi się, że z Cracovią też nie byłoby problemu.

Brancik: Czy jesteś "motywatorem" w drużynie? I czy czujesz w sobie osobę zastępującą Kazimierza Węgrzyna?

J.W.: - Nie jestem żadnym zastępcą Kazia Węgrzyna – jestem sobą, jestem Wiśnią. Każdy może mobilizować. Oczywiście czasem krzyknie się coś, czy to w szatni, czy na rozgrzewce i koledzy na pewno szanują mnie, bo jestem starszy. Jednocześnie często zdarza się, że to ktoś motywuje mnie, czy to Marcin Bojarski, czy Łukasz Skrzyński. Wszyscy jesteśmy na równi.

Tofi: - Jak się czuje zawodnik, który miał ogromny wkład w pierwsze w historii zwycięstwo w rozgrywkach ligowych Cracovii z Górnikiem Zabrze?
J.W.: - Jest mi bardzo miło, że mogłem przyczynić się do tego zwycięstwa, ale jednocześnie przykro, bo Górnik to klub, w którym spędziłem najdłuższy okres mojej gry w piłkę. Nie ukrywam, że serce było rozdarte. Teraz gram dla Cracovii i bardzo się cieszę z tego wyniku.

Piero: - Czy podoba Ci się, gdy strzelisz bramkę i kibice krzyczą: „WIŚNIA, WIŚNIA, WIŚNIA!”

J.W.: - Chłopaki w szatni trochę mi dokuczają, że nawet, gdy się wywrócę o kretowisko na boisku to i tak kibice będą krzyczeć „WIŚNIA, WIŚNIA” (śmiech). Jest to dla mnie bardzo miłe, bardzo szanuję kibiców, ale też wydaje mi się, że jakoś się im odwdzięczam. Zawsze wkładam całe moje serce w mecz, więc kibice się cieszą, że naprawdę zapierdzielam po boisku. Ja mam z kolei radość, że tak skandują. Szacunek dla nich.

Szymon: - Często dochodzisz do piłki przed polem karnym i decydujesz się na podanie do kolegów. Czemu nie próbujesz strzelać na bramkę? Masz przecież niezłe kopyto.

J.W.: - No właśnie! Od tego momentu tak będę robić! Zresztą po meczu, gdy tak patrzę sobie w lustro to mówię do siebie: „Wiśnia, przecież ty nie jesteś od podawania, tylko od strzelania!” (śmiech) Dzięki za to pytanie!

Tkoval: - Jak długo chcesz grać jeszcze w Cracovii?

J.W.: - Jak prezes podpisze ze mną kontrakt to wtedy mogę grać w „Pasach” i przez trzy lata. A może i więcej!

Gruby: - Co sądzisz o krakowskich kibicach? Czy przeszkadza Ci to, że jesteś ich pupilkiem?

J.W.: - Dla mnie jest to bardzo miłe i mimo że koledzy nieco mi dokuczają to absolutnie mi to nie przeszkadza. Nasi kibice są jednymi z lepszych w Polsce. Wielu jest takich, którzy od urodzenia kibicują Cracovii i jeżdżą za nią na każde wyjazdy – takich ludzi trzeba szanować.

Santo: - Powiedz, czy utożsamiasz się z kibicami Cracovii tak, jak z kibicami Górnika? Jeśli tak, to czy mógłbyś nam obiecać, że nigdy nie zmienisz klubu na „niewłaściwą stronę Błoń”.

J.W.: - To mogę obiecać na pewno. Choćby mi dawali 100 tysięcy złotych miesięcznie to nie zagram w Wiśle, ale również w Legii i Pogoni Szczecin. A czy się utożsamiam? Skoro dla nich gram to na pewno tak, jednak proszę nie zapominać, że moim klubem aż do śmierci będzie Górnik Zabrze. W Cracovii wszystkich szanuję i dla nich walczę.

Ema: - Z którym kolegą z drużyny przyjaźnisz się najbardziej?

J.W.: - Są to Sławek Olszewski, Darek Pawlusiński oraz Marcin Bojarski. Z nimi spędzam najwięcej czasu, choć jako drużyna trzymamy się wszyscy razem.

Pyciaksc: - Kibice cię lubią, ja osobiście też, ale twoje wypowiedzi są takie inne, typu ,,Górnik Zabrze to nie ogórki” albo ,,zagraliśmy jak pipki”. Zastanawiam się, z czego to się bierze?

J.W.: - A co miałem powiedzieć, że zagraliśmy jak c...? Nie chciałem przeklinać, więc zmiękczyłem (śmiech). A tak już odpowiadając na pytanie – ja nie zastanawiam się nad tym, co mówię. Gdy mnie ktoś wkurzy to jadę z nim jak „z kurą”. Dla mnie nie ma żadnej różnicy, czy to są media, czy ksiądz, czy ktoś inny – jak mam coś do powiedzenia to powiem.

Fryz: - Czy to prawda, że trenowałeś boks?

J.W.: - To prawda, trzy lata w Walce Zabrze. Miałem kilka pojedynków w ringu, ale więcej stoczyłem, jak to się mówi, w walkach ulicznych. Nie wiem, czy byłem w tym dobry – powinni to ocenić ci, z którymi walczyłem (śmiech). Mogę się przyznać, że ani razu nie przegrałem, nawet na ulicy. Mimo to nie będę zdradzać moich mocnych stron, bo wciąż mam kilku wrogów (śmiech). Po co mają o tym wiedzieć (śmiech).

Tros: - Miałeś kiedyś jakąś typowo kibicowską sytuację? Gdzieś byłeś w koszulce i ktoś cię zaczepił, albo coś w tym stylu?

J.W.: - Pamiętam, że jeszcze za trenera Stawowego mieliśmy grilla przy siedzibie klubu na Wielickiej. Wracałem wtedy do domu i po drodze żona zadzwoniła, żebym kupił sól, bo się skończyła, a potrzebna jest do gołąbków. Wszedłem do sklepu w dresie Cracovii i zaraz pojawiło się trzech kiboli. Zaczęli wołać „Wiśniewski, Wiśniewski”, a jeden z nich uderzył mnie od tyłu w twarz. Zacząłem się z nim prać. Drugi z nich wybiegł na zewnątrz, a ja myśląc, że coś chce zrobić z moim samochodem pobiegłem za nim. To była „solówka”, która trwała dosłownie moment. Trzeci szybko uciekł. Sprzedawczyni chciała wzywać policję, ale powiedziałem jej, że nie ma potrzeby, kazałem leżącym pozbierać się i iść, a sam z solą wróciłem do domu. To byli na pewno kibice „zza Błoń”.

DG